Szukaj na tym blogu

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiastka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiastka. Pokaż wszystkie posty

Kruchta


Mówiła do mnie, a ja nie rozumiałam ani słowa. Stąd szybko domyśliłam się, że to Ukrainka. Kiedy w środowy wieczór weszła do przedsionka mojego parafialnego kościoła, wzięłam ją po prostu za Polkę, która w drodze z pracy do domu, z dużą torbą wypchaną jakimiś rzeczami, chciała przez chwilę odetchnąć sakralną atmosferą.


*


Podczas pandemii przyzwyczaiłam się do uczestniczenia w Mszy Świętej z pozycji kruchty. Siedząc przy wejściu na niewielkiej wolnostojącej ławeczce bez klęcznika, ustawionej w kąciku w załomie jednej ze ścian, mogłam pozwolić sobie na niezakładanie na twarz męczącej maseczki. Z czasem ławeczkę docenił mój kręgosłup, a jeszcze potem nogi, którymi mogłam swobodnie manewrować, na przykład wyciągając je do przodu i robiąc małą gimnastykę dla usprawnienia krążenia.


Przez oszklone drzwi dobrze widać wnętrze kościoła, przez głośnik dochodzi głos celebransa i śpiew intonowany przez organistę, w przedsionku znajdują się dwa religijne artefakty, które spełniły ważną rolę na mojej drodze duchowego rozwoju, więc nie czuję w tym wejściu do świątyni liturgicznego wyobcowania. Potrafię też na tyle skupić się duchowo, że podczas trwającej celebracji nie przeszkadzają mi przemieszczające się przez przedsionek osoby wchodzące lub wychodzące z kościoła.


Od jakiegoś czasu widzę w kruchcie modlącą się młodą kobietę, której panujący tutaj ruch również wydaje się nie przeszkadzać, a która w odróżnieniu od innych osób, na ogół automatycznie wykonujących ruchy nakazane liturgicznymi przepisami, modli się bardzo głęboko, na co wskazuje cała jej sylwetka, którą wyraźnie mogę obserwować ze swojej ławeczki, jako że ona również zawsze zasiada w jednym miejscu, bezpośrednio przed moim kącikiem. Wiem, że przeżywa Eucharystię bardzo świadomie, gdyż czasami wyłamuje się ze schematu, i wtedy, kiedy wszyscy wstają, ona klęka, cała zatopiona w modlitwie, a zawsze czyni to w bardzo dobrze wypunktowanych momentach liturgii, duchowo szczególnie istotnych, czyli - nieprzypadkowo.


Kiedyś w ławeczce przed rozmodloną zasiadła jakaś para z pieskiem leżącym przez cały czas u ich nóg. Kiedy więc kilka miesięcy temu zatrzymała się u mnie znajoma podróżująca ze swoją psią towarzyszką, której nie można było zostawić samej w mieszkaniu na czas naszego wyjścia do kościoła, wiedziałam, co mamy zrobić, a umieszczona w moim kąciku Mini nie przyniosła nam w kościele wstydu.


Czasami podczas Mszy wchodzi do kruchty na kulejących nogach mój dawny znajomy [Zaułek Stanisława] i oparty przy wejściu o starą chrzcielnicę czeka, kiedy będzie mógł zasiąść przed świątynią z kubeczkiem wyciągniętym po datki. Z radością odnotowuję, że od wielu lat nie czuć już od niego odoru butaprenu.


*


Wczoraj natomiast pojawiła się w kruchcie wspomniana na wstępie zwykła kobieta z wypchaną rzeczami torbą. Najpierw zatrzymała się przy drzwiach, potem przesunęła się na środek kruchty i stojąc nieruchomo przez oszklone drzwi uważnie obserwowała modlące się wewnątrz zgromadzenie. Po dobrych kilku minutach, ruszając z powrotem do wyjścia i mijając mnie, coś do mnie powiedziała, czego w pierwszym odruchu w ogóle nie zrozumiałam.


Czasu na rozmowę nie było, gdyż ja z kolei już wstawałam ze swojego miejsca, żeby udać się w głąb kościoła, w celu przyjęcia Komunii Świętej. Zorientowałam się, że chodzi jej o modlitwę za Ukrainę. Pokazałam jej, gdzie może w zakrystii zamówić intencję Mszy Świętej, na co po ukraińsku odpowiedziała skrótowo: - My żegnamy się inaczej – i wykonała ruch ręką od prawego do lewego ramienia. Kiedy powiedziałam coś o parafii prawosławnej w moim mieście, zrobiła kwaśną minę i machnęła tylko ręką: - Tutaj - dodała.


Chciałam jej wyjaśnić, gdzie jest parafia greckokatolicka, ale nie było już na to czasu, więc tylko spytałam: - Ja mam modlić się za Ukrainę? - Tak - z prośbą w głosie kiwnęła głową: - Za Ukrainę i ukraińskich żołnierzy. - Odpowiedziałam, że to robię i dalej będę robić, i podążając do przyjęcia Komunii Świętej pożegnałam się z nią pokazując wymownie kciuk zwrócony w Niebo. Odpowiedziała mi takim samym pewnym gestem. I wyszła z kościoła.


*


Każde z moich Rodziców zmarło we wrześniu, a ja od lat w tym właśnie miesiącu, w duchowo bliskie mi Święto Podwyższenia Krzyża Świętego, zamawiam jedną wspólną intencję Mszy Świętej za Nich oboje. Właśnie wczoraj, kiedy zamieniłam te kilka słów ze wspomnianą kobietą, Kościół w intencji moich Rodziców modlił się w naszej parafialnej świątyni, która była już tłem moich paru dawniejszych notek [Tak się nie robi] [Milczenie w sieci]. Jeśli natomiast idzie o Ukrainę, modliłam się w intencji tego kraju z całym Kościołem, ale nie pamiętam, żebym w prywatnej modlitwie poświęcała ukraińskim sprawom specjalną uwagę, chociaż w wymiarze politycznym w obecnym konflikcie wojennym zdecydowanie popieram Ukrainę. Wczoraj prośba tamtej przypadkowej kobiety weszła do mojej duszy tak płynnie, jak ostry nóż potrafi płynnie wchodzić w miękkie masło. I ogarnął mnie głęboki pokój. Porównania z nożem użyłam świadomie. Tak było.

 

 

.

Księgowy Krescencjusz


- Nie boi się pani? - to była jedyna fachowa refleksja nad stanem finansów mojej firmy, którą po paru latach prowadzenia jej rachunkowości poczyniła zatrudniona na zlecenie księgowa z certyfikatami. Zgodnie z prawdą, zdziwiona, że ktoś mógłby się czegokolwiek bać, odpowiedziałam, że nie. Kiedy niedługo potem moja firma z hukiem bankrutowała na fali recesji początku lat dwutysięcznych, bardzo dobra radczyni prawna, która zna mnie tak długo, jak pamięć sięga, i która przez lata udzieliła mi wielu bardzo dobrych porad prawnych, w sytuacji finansowego krachu miała dla mnie zasadniczo jedną refleksję prawną: - Nie martw się. Ty zawsze spadasz jak kot na cztery łapy [Aniele Boży!].


*


Prawdę powiedziawszy owa radczyni prawna, moja dobra koleżanka od zawsze [Baby boom], była osobą, która na samym początku ustrojowej transformacji końca lat osiemdziesiątych poprzedniego wieku, wiedząc o moich planach uruchomienia własnej firmy, wrobiła mnie we wspólne założenie kapitałowej spółki z ograniczoną odpowiedzialnością, gdyż taka forma prawna była potrzebna głównie jej - do prowadzenia doradztwa prawnego. Kiedy przepisy zmieniły się, dopuszczając możliwość założenia przez nią kancelarii radcowskiej, odsprzedała mi swoje udziały, a ja zostałam jedynym wspólnikiem w jednoosobowej spółce z o.o., z koniecznością prowadzenia pełnej księgowości i corocznego składania sprawozdań finansowych w sądzie, co nie było dla mnie aż takim problemem, gdyż ja tak jakby niczego się nie boję, a poza tym swój segment działalności firmy od początku prowadziłam z rozmachem, stale go rozwijając i poszerzając różne pola działania firmy - aż do jej ostatecznego krachu [Piękne bankructwo].


Koleżanka radca prawny po krachu nadal udzielała mi prywatnie dobrych porad prawnych, natomiast pani księgowa szybko rozwiązała współpracę, widząc jak nikt inny, że nie będę miała za wiele pieniędzy na jej wynagrodzenia. Ponieważ firma mocą rozpędu kręciła się jeszcze przez trzy czy cztery lata, księgowe uporządkowanie gruzów po niej było konieczne choćby po to, żeby można było złożyć w sądzie uzasadniony wniosek o ogłoszenie jej upadłości, co i tak od strony formalnej zrobiłam o dwa czy trzy lata za późno. Po odejściu pani księgowej pewien życzliwy znajomy bardzo pomógł mi w ogarnięciu bieżących spraw rachunkowych, ale jaki specjalista zgodziłby się na dłuższe prowadzenie za darmo rachunkowości bankruta?


*


Ponieważ na niespodziewany ostry spadek obrotów nałożyła się kontrola skarbowa, która zakwestionowała jedną z moich niestrachliwych decyzji i nałożyła na mnie grzywnę, której w zaistniałej sytuacji nie byłam w stanie zapłacić, sąd zamienił ją na ileś tam godzin prac społecznie użytecznych, o czym nie miałam okazji dowiedzieć się, gdyż kiedy wysłano na mój adres domowy pismo w tej sprawie, tamtego lata nie mając co osobiście robić w firmie i kierując nią przez telefon, spędzałam wakacyjne tygodnie w pewnym klasztorze, do którego tuż przed bankructwem zaprowadził mnie los, i tam wykonywałam różne prace użyteczne [Myślę sobie].


Po powrocie do domu zastałam natomiast pismo kolejne, w którym sąd informował mnie, że skoro nie przyjęłam propozycji odpracowania grzywny, sąd zamienia ją na bodajże 25 dni aresztu. Szybko zdobyłam potrzebne pieniądze i grzywnę zapłaciłam, co jedna z moich dawnych znajomych [Auto! Stop!] skwitowała potem uwagą, że źle zrobiłam, bo idąc do aresztu nie tylko nie wydałabym niepotrzebnie pieniędzy na grzywnę, ale jeszcze zaoszczędziła na prawie miesięcznym wyżywieniu na koszt państwa. Natomiast jedna z moich nowych znajomych, poznana podczas Seminarium Odnowy w Duchu Świętym, które przykładnie odbyłam tuż przed zawaleniem się mojego biznesowego domku z kart, sugerowała, że być może mam jakąś misję do spełnienia w więzieniu, więc może powinnam przyjąć karę aresztu, co nie przeszkodziło jej jednak pożyczyć mi pieniędzy na spłatę grzywny.


Znajoma od spraw duchowych zdawała sobie sprawę z mojej osobistej prawnej odpowiedzialności za brak prowadzonej na bieżąco księgowości i przejęta sytuacją zakomunikowała mi pewnego razu: - Jest księgowy, który poprowadzi ci księgowość bez pieniędzy. - I podała mi numer telefonu oraz nazwisko: Krescencjusz Dyzmo. Na potrzeby tej opowiastki podaję personalia fikcyjne, które jednak charakterem i brzmieniem nie odbiegają od prawdziwych. Podobnie jak św. Krescencjusz, również patron nietypowego rzeczywistego imienia mojego nowego księgowego był jednym z młodych męczenników z pierwszych lat Kościoła, o czym z czasem miałam okazję dowiedzieć się bezpośrednio od posiadacza tego imienia.


*


Pan Krescencjusz powitał mnie uprzejmie, od razu oznajmiając zdecydowanym tonem, że zgodził się zająć moją księgowością, ale że robi to wyłącznie dla – dentystki. Zupełnie nie wiedziałam, o jaką dentystkę chodzi, jako że moja duchowa znajoma nic a nic ze służbą zdrowia nie miała wspólnego. Skinęłam jednak z pełnym zrozumieniem głową, bardzo mu dziękując i zaczęłam opowieść o swoim bankructwie, w ten sposób rozpoczynając naszą wspólną wędrówkę po księgach rachunkowych mojej upadłej firmy, która to wędrówka z czasem przerodziła się w serdeczną między nami zażyłość, trwającą dwadzieścia lat, podczas których nie stać mnie było na formalną likwidację spółki, więc Pan Krescencjusz z roku na rok powiększał ilość zer w kolejnych bilansach, aż same zera wypełniły wszystkie rubryki i firma nie prowadząca od lat działalności, ale zobowiązana do prowadzenia pełnej księgowości, została oficjalnie wykreślona z rejestru spółek.


Cudem było spotkanie z Panem Krescencjuszem. Cudem było, że żywił on sympatię do dentystki, która okazała się być przyjaciółką mojej duchowej znajomej, która dentystce wspomniała o moich problemach. Podziękowałam jej przez znajomą za pomoc, nie wykluczając, że mogłam nie być dla owej dentystki osobą anonimową, z czego wyniknęło jej zaangażowanie w sprawę. Kiedy osobiście stanęłam finansowo na nogi, zaproponowałam Panu Krescencjuszowi rozliczanie się, chociaż on do końca nie przedstawiał wobec mnie żadnych finansowych oczekiwań.


Cudem było, że Pan Krescencjusz - dobry doświadczony księgowy - był w wieku przedemerytalnym, kiedy poznaliśmy się. Cudem było, że nie chciał nauczyć się korzystania z wchodzącego wtedy do szerokiego użytku komputera, przez co zakres jego zawodowej aktywności ograniczał się do prowadzenia księgowości jedynie w formie papierowej, tym samym bardzo ograniczając ilość zleceń poza etatowymi obowiązkami głównego księgowego, które pełnił do przejścia na emeryturę. Cudem było, że ten starszy mężczyzna z oryginalnym imieniem i nazwiskiem, z postury, ruchliwości i szybkości reakcji podobny nieco do Luisa de Funes, szczęśliwie od lat żonaty z bardzo miłą panią, którą miałam okazje poznać, był nie tylko bardzo dobrym księgowym, ale również - bardzo dobrym człowiekiem.


4 lipca 2022

 

.

Pakuję się


W tamtą sobotę - wiele lat temu - pokazałam pewnemu jedenastolatkowi swoją piwnicę, którą był zachwycony, jednocześnie obiecując mu, że następnego dnia wybierzemy się na zwiedzanie strychu, na co także wykrzyknął z zachwytu, co zresztą nie wywołało mojego zdziwienia, gdyż będąc w jego wieku, czy jeszcze wcześniej, również doceniałam tajemniczy urok tych dwóch kondygnacji dużej secesyjnej kamienicy w śródmieściu, w której mieszkam od urodzenia [Baby boom], a co krótko mówiąc oznacza, że w tamten weekend mieszkałam w niej już od pół wieku.


*


Tak jak wtedy, również teraz postanowiłam zająć kogoś zwiedzaniem zakamarków mojego domu. Obecnie wypadło na pewnego trzydziestolatka - Pana P., młodego pracownika poważnej instytucji, który pomógł mi pozbyć się z mieszkania połowy zgromadzonych w nim książek, a zobaczywszy przy okazji piwnicę, z której wyniósł sześć pudeł pozostałości po prowadzonej przeze mnie dawno temu specjalistycznej księgarni, zafascynowany obiecał pomóc mi odgracić to pomieszczenie do końca. Dodał, że będzie czuł się jak archeolog odkopujący czyjąś historię spod warstw przedmiotów nagromadzonych przez lata w piwnicy.


Prawdę powiedziawszy, Pan P. podobnie zachował się dwie kondygnacje wyżej, w moim mieszkaniu, kiedy wybierałam przy nim książki do oddania do instytucji, w której Pan P. pracuje, upoważniając go jednocześnie do odłożenia dla siebie tych, które go osobiście zainteresują, gdyż wiedziałam, że jest wielkim fanem tychże. Z wykształcenia i zamiłowania historyk, chłonął nie tylko szczegóły zabytkowych pomieszczeń zabytkowej kamienicy, którą dotychczas znał jedynie z zewnątrz, a której charakteru wnętrza mógł się tylko domyślać, ale również pochłaniał szczegóły mojej historii rodzinnej.


Specjalną uwagę Pana P. przyciągnęły dwie z wyeksponowanych na półkach fotografii rodzinnych. Były to zdjęcia dwóch Ojców: mojego oraz mojej Mamy. Patrząc na osoby na zdjęciach Pan P. wchodził w wyobraźni w ich świat, na podstawie ubioru czy wyglądu próbował domyślić się ich historii, słuchał moich wyjaśnień, zadawał pytania, umieszczał osobistą historię każdego z moich bliskich na tle historii szerzej pojętej.


*


Bardzo różniła się ta wizyta od wcześniejszej wizyty zawodowego handlarza książkami, któremu próbowałam odsprzedać część swojego zbioru, i z którego usług zrezygnowałam po pierwszej próbie, ze względu na jej bezduszność zarówno w podejściu do książek, jak też do sprawy rozliczenia się za nie. Moja zryczałtowana wycena kilkuset książek – było wśród nich sporo wydawnictw albumowych w bardzo dobrym stanie – była bardzo niska, wręcz symboliczna. Kiedy jednak zaproponowano mi – z łaski – dwadzieścia procent tej kwoty, czyli 20 groszy za egzemplarz, wiedziałam, że reszty zbioru przeznaczonego na oddanie w dobre ręce już tam nie przekażę i znalazłam inne rozwiązanie, bez rozliczeń pieniężnych, za to – jak miało się okazać – z „dusznym” podejściem do sprawy.


Dlaczego oddaję książki? Od pewnego czasu sukcesywnie przygotowuję się do odejścia w inne rejony istnienia, starając się ułatwić zadanie tym, którzy będą musieli porządkować po mnie moje ziemskie sprawy. I tak część zgromadzonych przedmiotów oddałam znajomym posiadającym do zagospodarowania większe przestrzenie mieszkalne niż ja. Innym z kolei oddałam żeliwne garnki różnego rodzaju, ponieważ wiem, że u nich dużo się pichci, a ja już nie mam siły dźwigać tych wspaniałych naczyń. Prawdę powiedziawszy, wagowy ciężar wydawnictw książkowych stał się również istotną pierwszą przesłanką do ich oddania komuś o większej sile w dłoniach (tak jak poczynione w książkach moje odręczne notatki stały się absolutną przesłanką do zatrzymania takich książek przy mnie). Jednak nikt z moich znajomych ceniących, czytających i kiedyś gromadzących książki, nie był zainteresowany powiększeniem swojej kolekcji, a wręcz przeciwnie – niektórzy chętnie pozbyliby się ich części.


trzeba te półki zatrzasnąć zapomnieć / nie straszyć / przypadkowych przechodniów – tak na swoim blogu podsumowała nostalgiczną kwerendę po własnym księgozbiorze poetka Ewa Filipczuk. Ja też bałam się tego - owej przypadkowości przechodniów po moich książkach. Ewa Filipczuk przekopuje półki zakurzone od książek / znajduje imiona i piórko na wadze / naprzeciw serca [całość tutaj]. Ja z kolei odnajduję w każdej ze swoich książek przede wszystkim własne nazwisko poprzedzone inicjałem imienia, którym to podpisem znaczyłam przy pomocy ołówka każdą posiadaną książkę. Ponieważ nie mam ani ochoty, ani siły na usuwanie setek swoich autografów, rozdaję je wraz z książkami. Być może ktoś taki jak Pan P. zatrzyma się kiedyś nad wężykiem liter w podpisie i spróbuje w wyobraźni przeniknąć, kim była osoba, do której wcześniej należała trzymana w dłoniach publikacja, przez co on/ona stanie się przechodniem mniej przypadkowo przechadzającym się po resztkach dawnego księgozbioru [Księgobranie].



30 czerwca 2022



.

Spacer z Duchem


Ważne w mieście persony wygłaszały kolejne mowy pogrzebowe nad otwartym grobem, a mnie przyszło na myśl, że chociaż nie należę do kręgu tych ważnych person, byłabym osobą bardzo właściwą do publicznego pożegnania zmarłej nauczycielki, bowiem jak nikt z przemawiających miałam okazję obcować z nią na wielu płaszczyznach: jako jej uczennica i wychowanka, jako gospodyni klasy, której zmarła była wychowawczynią, a potem jako jej koleżanka, kiedy po studiach wróciłam do mojego miasta i do mojego dawnego ogólniaka – do pracy. W końcu, podczas zjazdu z okazji którejś rocznicy istnienia szkoły, miałam okazję przejść z moją dawną polonistką na ty.

 

MOTYWY PRZEWODNIE


Przemawianie publiczne nigdy nie stanowiło dla mnie problemu, więc na pewno zrobiłabym to dobrze, ale stojąc tam na cmentarzu cieszyłam się, że nikt nie wpadł na pomysł zaangażowania mnie do któregoś z przemówień, jako że nie wiedziałabym, co chciałabym powiedzieć, chociaż na brak słów na ogół nie mogę narzekać. Na pewno we wspomnieniu o zmarłej wyszłabym od jakiegoś cytatu, od jakiegoś incydentu - ale od którego? Czy od tego, kiedy w maturalnej klasie, skonfliktowana z moimi rodzicami, mieszkałam przez pewien czas poza domem, a moja wychowawczyni nie robiła z tego problemu, jedynie od czasu do czasu pytając mnie w przelocie: - Gdzie, Alu, teraz mieszkasz? - Czy może od tego, że kiedy moi rodzice skarżyli się na problemy ze mną, usłyszeli w odpowiedzi z ust dyrektora mojego liceum: - Musieliście państwo popełnić jakiś błąd wychowawczy.- A kiedy skarżyli się, że ja nie czytam żadnych lektur na lekcje polskiego, moja wychowawczyni polonistka odpowiedziała spokojnie: - Taki charakter. - i dalej stawiała mi piątki [Taki charakter].


W mowie pogrzebowej pewnie nie wracałabym do incydentu z pierwszej klasy liceum, kiedy pewnego dnia z ust pani profesor dowiedziałyśmy się - byłam w klasie żeńskiej - że całość klasy należy do ZMS, i że nie ma na ten temat dyskusji [Felix culpa]. Jednak zarówno lekcje polskiego, jak też lekcje wychowawcze były raczej wolne od bieżących akcentów politycznych. Nasza wychowawczyni czasami sprawdziła, czy tarcz szkolnych nie przypinamy do rękawa jedynie na szpilkę lub agrafkę, oraz czy w zimie nosimy ciepłe galotki. Prawdę powiedziawszy, innych typowych działań wychowawczych nie zapamiętałam, chociaż pewnie były realizowane, ale bez ostentacji.


GRZESZNICA


Najważniejszy był język polski, jednak lekcje również miały bardzo zrównoważony charakter. Czasami był to wykład naszej nauczycielki, zawsze bardzo treściwy, świetnie podany - z głowy, bez jakiegokolwiek konspektu czy notatek. Po prostu wchodziła do klasy, stawała na katedrze i zaczynała mówić. Czasami wywołane do odpowiedzi uczennice miały referować - zawsze z miejsca w ławce, nigdy przy tablicy - ten czy inny temat, a reszta robiła z tego notatki [Obolałe serca]. W klasie maturalnej natomiast wyznaczone osoby pisały i wygłaszały duże referaty przeglądowe, podsumowujące dotychczas zdobytą wiedzę. Poza tym moja nauczycielka przez wiele lat prowadziła: kółko polonistyczne, które było przede wszystkim miejscem dyskusji, i w którym czasami uczestniczyłam, oraz kółko teatralne, w którym nie uczestniczyłam, a z którego przez lata wyszło kilku późniejszych zawodowych aktorów.

Tak jak nasze lekcje pozbawione były wyraźnych akcentów politycznych, chociaż już nie patriotycznych, jako że pani profesor była cichą fanką okresu romantyzmu, tak samo nie przypominam sobie jakichś wyraźnych akcentów pro- lub anty-religijnych, poza analizowanym oryginalnym staropolskim tekstem Bogurodzicy, będącej jednocześnie chyba jedynym wierszem, którego w ramach pracy domowej nauczyłam się wtedy na pamięć. Tym bardziej zadziwiły mnie jej słowa, kiedy około 30 lat po maturze wpadłyśmy na siebie na ulicy, i kiedy moja dawna wychowawczyni usłyszawszy o całkiem nowym w moim życiu, bardzo silnym motywie - powołaniu do klauzurowego życia kontemplacyjnego [Być mniszką] - powiedziała przy pożegnaniu: - Módl się za mnie, grzesznicę. - Była to prośba tyleż sympatyczna, co zastanawiająca, jako że nie przychodziło mi do głowy, czym mogła aż tak nagrzeszyć ta samotnie żyjąca, raczej drobna, w tradycyjny sposób elegancka kobieta, bardzo powściągliwa w stylu bycia, jednak z dużą dozą delikatnej kokieterii oraz ironii, również w stosunku do siebie praktykowanej. Tak więc jej potencjalne wielkie grzechy odłożyłam na półkę, biorąc tę uwagę za typową autoironię, natomiast prośbę o pamięć w modlitwie, czyli o pamięć przed Panem Bogiem, potraktowałam całkowicie nie ironicznie.


DZIEŃ POGRZEBU


Kiedy więc przyszedł dzień pogrzebu mojej polonistki, nie wyobrażałam sobie, że nie zmobilizuję się do pójścia na bardzo poranną Mszę żałobną sprawowaną w intencji jej duszy. Okazało się, że dobrze zrobiłam, bo byłam jedną z bardzo nielicznych osób obecnych w kościele. Ponieważ inni obecni zajęli miejsca w tylnych ławkach, ja zasiadłam w ławce pierwszej, zajmując miejsce tradycyjnie rezerwowane dla najbliższych zmarłej osoby. Wiedziałam, że moja nauczycielka nie ma bliskiej rodziny, a dalsza mieszka daleko. Znałam osobę od lat z nią rodzinnie zaprzyjaźnioną, ale nie spostrzegłam jej wśród obecnych w kościele. Zastanawiałam się więc, kto i dlaczego zamówił tę Mszę: czy taka była wola zmarłej, czy była to inicjatywa od niej niezależna, gdyż zupełnie nie kojarzyłam mojej wychowawczyni z jakąkolwiek formą religijności.


Na cmentarzu okazało się, że pogrzeb miał również charakter katolicki, a uczestniczyło w nim dwoje dalekich najbliższych zmarłej, którzy w krótkiej rozmowie po zakończeniu ceremonii potwierdzili, że ich ciocia nie była zbyt wylewna, i że niewiele o sobie im mówiła. Tak więc niewiele z tej rozmowy dowiedziałam się o mojej byłej nauczycielce. Podobnie jak z wcześniejszych przemówień nad trumną. W wielu słowach powiedziano bowiem głównie to, co wiedziałam, albo raczej bardziej czułam, i na co trudno byłoby mi samej znaleźć słowa, chociaż - jak wspomniałam - słów na ogół mi nie brakuje.


STYPA DLA DWÓCH


Dzień był bardzo ładny, rześki i słoneczny. Na cmentarzu spotkałam grono koleżanek z mojej klasy [Stalowe magnolie], jak również grono naszych dawnych nauczycieli, z którymi po studiach miałam okazję przez kilka lat pracować już jako ich koleżanka. Jako że pogrzeb miał miejsce w godzinach przedpołudniowych, zaproponowałam dziewczynom z klasy, żeby pójść gdzieś na kawę, ale tylko jedna z nich miała czas i ochotę - ta, z którą obecnie mam chyba najbliższy kontakt, a która kilka lat temu wyznała mi, że w czasach ogólniackich mnie nie lubiła, bo ja zawsze miałam coś do powiedzenia, a do tego jako gospodyni klasy kazałam jej czasami coś zrobić. Prawdę powiedziawszy, obecnie to ona pełni spontanicznie rolę gospodyni dawnej klasy i od czasu do czasu każe reszcie przychodzić na spotkania z tej czy innej okazji, i zawsze ma wtedy coś do powiedzenia. I to ona kilka dni temu obdzwoniła klasę z wiadomością o śmierci i pogrzebie naszej prawie już stuletniej dawnej wychowawczyni. I chwała jej za to!


Poszłyśmy więc na dwuosobową stypę z kawą i ciastkiem, potem na długi spacer po mojej części miasta, której moja koleżanka za dobrze nie zna. Pokazałam jej więc, gdzie ostatnio, bardzo blisko naszego dawnego ogólniaka, mieszkała nasza dawna wychowawczyni. Dużo mówiłyśmy o niej, o indywidualnych z nią doświadczeniach każdej z nas. Długi to był spacer, a jednak po rozstaniu z koleżanką nie chciałam wcale wracać do domu. Chodziłam więc nadal, nie tyle myśląc o osobie, którą tego dnia żegnaliśmy na cmentarzu, co w pewien sposób niosąc jej obecność w sobie. Było mi dobrze i słonecznie.


Miałam wrażenie, że ten wspólny spacer bez słów zaczął się wcześnie rano, kiedy w pustawym kościele zajęłam miejsce przeznaczone dla najbliższych zmarłej. Może więc o tym mogłabym w swojej potencjalnej mowie pogrzebowej powiedzieć: o bardzo poważnym zadośćuczynieniu dawnej, rzuconej w locie prośbie o modlitwę? A może jeszcze inny wątek stanowiłby dobry punkt wyjściowy do przemówienia: to moja wychowawczyni polonistka skierowała mnie na ścieżkę zawodową. W klasie maturalnej spytała, o jakich studiach myślę, a kiedy usłyszała, że albo o polonistyce, albo o anglistyce, bez namysłu powiedziała: - Jeśli masz taki dylemat, wybierz anglistykę. To lepsza perspektywa pracy. - Tak więc zarabiam na życie w języku obcym [Poemat dydaktyczny], natomiast w języku polskim wyżywam się na tym blogu. Amen.


30 czerwca 2022



.

Szóste piętro, siódme niebo


Dwa proste architektoniczne pudełka, o naprzemiennie nieregularnych liniach licznych okien szczelnie zapełniających na całej wysokości sześciu i pięciu pięter każdą z dwóch głównych ścian każdego z nich. Typowe biurowce z końca lat tysiąc dziewięćset sześćdziesiątych, spięte przeszklonym łącznikiem na poziomie parteru, skąd po dwa hałaśliwe pasażerskie dźwigi windowały cię na piętra kolejne, aż do tych najwyższych, ponad których płaskim zwieńczeniem było już tylko niebo.


*


Prawie pół wieku później: poleguję sobie wpatrując się w sufit w swoim odległym od tamtego miejsca domu, myśląc o niczym, i pozwalając w ten sposób swojemu ciału uporać się ze słynnym wirusem, który w swej fazie schyłkowej przypomniał sobie o moim istnieniu. Myślenie o niczym sprzyja kuracji, ale ponieważ ja zawsze muszę o czymś myśleć, zaczynam myśleć o tym, czego w moich myślach nie ma, czyli o owym niczym, którego symbolem staje się dla mnie pewne szóste piętro, które kiedyś istniało bardzo intensywnie, a którego na dobrą sprawę teraz już nawet fizycznie nie ma w dawnym kształcie, i po którym pozostała jedynie wielowymiarowa pustka [Nie ma nic].


Byli tam kiedyś ludzie, wypełniający żywą obecnością niewielką przestrzeń owego piętra, wypełniający żywą obecnością tamten czas. Byliśmy w tamtym miejscu razem, przez kilka lat dzieląc wspólny czas, po którym została pustka późniejszej współ-nie-obecności. Obecna internetowa kwerenda różnych nazwisk z tamtych lat doprowadza mnie co czas jakiś do kolejnych nekrologów. Widzę wtedy wyraźnie, jak wszyscy oni przechodzą prosto z naszego szóstego piętra piętro wyżej, do siódmego nieba, w którym niechybnie kiedyś w nowej współ-obecności będziemy dzielić współ-obecność dawną, jako że nic nie ginie w - bycie.


Okularnicy – słowa: Agnieszka Osiecka / muzyka: Jarosław Abramow-Newerly / wykonanie: Sława Przybylska




20 marca 2022


.